Dzisiaj wpis zza okna. Siadłem sobie nieopodal starej opery i zapisałem myśli przelatujące przez głowę (tak, długopisem
).
Oto one:
Siedzę sobie przy starej operze vis a vis ludzkiego parkingu. Miasto pełne jest ludzi, którym tak samo jak mi pogoda nie pozwoliła siedzieć w domu. Właśnie jakiś Japończyk z doczepionym Tamronem próbuje trzecie ujęcie swojego kolegi.
Oto one:
Siedzę sobie przy starej operze vis a vis ludzkiego parkingu. Miasto pełne jest ludzi, którym tak samo jak mi pogoda nie pozwoliła siedzieć w domu. Właśnie jakiś Japończyk z doczepionym Tamronem próbuje trzecie ujęcie swojego kolegi.
Sobota pełna jest ludzi rozmaitych barw i rozmiarów. Fontanny strzelają już w górę, słońce coraz milej się uśmiecha. Ja chyba powoli się aklimatyzuję – przynajmniej dzisiaj. Jeśli nie muszę nic załatwić to nierozumienie niemieckiego jest nawet przyjemne. Pobudza chęć do poznawania.
Szukam też analogii. Nawet nie trzeba się bardzo starać. Bułgarskie rodziny obwieszone złotem i wysmarowane żelem włóczą się po centrach handlowych. Rynek tętni życiem głównie z eksportu, etc.
Więcej tylko samolotów, dzieci na rowerach, języków i strzelistych budynków.
Jestem zafascynowany budynkiem na mojej trasie uczelnia – akademik. Okolice stacji metra na Leipziger Strasse. Przy dwóch zejściach dwa owocowe obozy. Z każdym wydłużającym się dniem coraz głośniejsze wojny: “Papaja cwaj ojroo.”
Trochę chaotycznie, prawda?! To wszystko przez zbyt długie przebywanie na słońcu.
Ps. Dodałem fotek, tam gdzie zwykle

no nic 