No i w końcu się udało. Bardzo
Wyjazd był co prawda weekendowy ale i tak wdeptałem podeszwy w stopy prawie tak samo jak podczas najdłuższego (historycznego już) wyjazdu. Ponad 30 godzin w drodze, około 16 na szlaku, resztę przespałem. Ok, był jeszcze mecz
(czyli +2). Chyba po raz pierwszy w życiu górki nie przywitały mnie deszczem. Zawitaliśmy w wysokie partie Bieszczad koło 10.00 w sobotę. Plan był ambitny: caryńska + wetlińska. Udał się w połowie. I całe szczęście. Po drodze zmrożone błocko, zapomniane jabłka na drzewach, leniwie sypiący śnieg, cała masa słońca, przeszywający wiatr i odrobina ludzi. Dziwne jest to rozróżnienie, człowiek schodzący z caryńskiej w nieprzewiewnej kurtce, z zamarzniętą twarz, zmrożonymi resztkami herbaty w kubku i człowiek mozolnie podchodzący zboczem - w trampkach. Październikowe bieszczady to wiatr obniżający temperaturę grubo poniżej zera, a z drugiej strony niespotykana latem przejrzystość powietrza. Szare poranki i złote wieczory. Piwo w bazie i konserwa na szlaku.
Drugiego dnia spacer granicą. Nikt mi już nie wmówi, że kolory szlaków na mapach zaznaczane są z jakimś pomyślunkiem. No chyba, że autor był szybszy i sprawniejszy od pieska, który postanowił się z nami na granicę z Wetliny wybrać. Piesek nic sobie nie robiąc z temperatury i stomizny wbiegał szlakiem pod góre, od czasu do czasu odwracając się i patrząc na nas z wyrzutem - “dlaczego tak się wleczecie”. Droga z zachodu na wschód niedzielnym szlakiem okazała się zdecydowanie bardziej porywista i górnolotna niż moja wcześniejsza wschodnio-zachodnia przymiarka do tego szlaku. Wtedy było burzowo, teraz pięknie. Zrobiłem chyba z milion obrazków, część z nich tylko utrwalając na cyfrowej karcie pamięci. Reszta znalazła sobie miejsce w bardziej trwałym i odpowiednim kontenerze danych.
Tą częścią, której nie chcę opowiadać dzielę się z Wami tutaj .
