weekend upłynął mi na kopaniu piłki. wrażenia:
- nie jest tak źle ze mną,
- chociaż padam na twarz,
- fajniejsze jest strzelanie bramek niż ich tracenie,
- “powinieneś grać jak wasza reprezentacja
“
a tak serio, fajne było to co pomiędzy. pierwszego dnia przyplątało się dwóch kolesi, jeden prawdopodobnie niemiec (choć wyglądał jak belg – swoją drogą nie wiem czemu dopadło mnie takie skojarzenie
), a drugi z mocno widocznymi korzeniami afrykańskimi (wyglądał jak “gazela”). “belg” okazało się, władał całą masą języków, piłką też całkiem nieźle. naprawdę ciekawych ludzi można spotkać nie tylko “przy piwie”.
dzisiaj też grałem w międzynarodowej drużynie (od peru po francję) i też było ciekawie. wyobrażacie sobie komunikację na takim boisku, jeszcze szczególnie w przypadku człowieka tak słabo władającego niemieckim jak ja. na szczęście szybko się adaptuje i aus, raus, zuruck hinten i tym podobnie umiałem krzyczeć w odpowiednich dla chwili momentach.
nie wiedziałem, że można się spalić pod kolanami, po wczorajszych doświadczeniach nogi pozostały jedyną odkrytą częścią ciała bez kremu do opalania (a może raczej przeciw). teraz fragmentami wyglądam jak ugotowany Bambo.
Całość zabawy okraszona była stoiskiem klubu, który to organizował, więc można było sięgnąć po kiełbaskę lub nawet coś konkretniejszego. Mi wystarczyło sięganie po wodę gdyż przy ponad 40 stopniach w słońcu nie sposób w siebie nic innego ładować.
A skoro jesteśmy w okolicach piłkarskich to tylko wspomnę, że niebawem Turcja – Niemcy czyli kamizelki kuloodporne włóż.


no nic 